Trasa Sycylia - Polska, czyli wracamy do domu!

Za niedługo ruszamy na kolejną wyprawę. To dobry moment, by wrócić do pierwszej podróży i napisać kilka słów, o tym, jak wracaliśmy do Polski. Osiem dni, które spędziliśmy w trasie, obfitowały w niespodziewane, śmieszne i wkurzające wydarzenia. Bohaterką wycieczki była Mazia, która... bez względu na przeciwności postanowiła dowieźć nas na miejsce.
Skąd startowaliśmy?
Punktem wyjścia była Sycylia, na której spędziliśmy przepiękny listopad. Droga do domu wynosiła prawie 2500 km, dlatego postanowiliśmy podzielić trasę na kilka odcinków i wracać na spokojnie. No i do dyspozycji był tylko jeden kierowca, to też miało duże znaczenie.
Pomysł na drogę powrotną mieliśmy taki:
Nie zatrzymujemy się w dużych miastach (choć przez chwilę kusiło, by zahaczyć o Rzym czy Neapol).
Omijamy Austrię i Czechy (przez te kraje przejeżdżaliśmy, gdy wyjeżdżaliśmy z Polski) na rzecz Słowenii, Węgier i Słowacji.
Plan został z grubsza ustalony, jedyne co zostało to spakować się i pożegnać z Sycylią.
Akurat pogoda zaczęła się psuć, więc TAK bardzo nie żałowaliśmy wyjazdu, no i w Polsce czekał na nas dom z centralnym ogrzewaniem - miła odmiana po dogrzewaniu się klimatyzacją.
Trochę smutni, ale też szczęśliwi opuszczamy Mazzaforno
Pierwszy postój zrobiliśmy duuużo wcześniej niż planowaliśmy.

Nie było nam do śmiechu, bo auto z trudem wjeżdżało pod górę i zaczęło wydawać podejrzane hałasy.
Połączyliśmy się z Polską w celu zasięgnięcia "teleporady", która i tak na wiele się nie zdała. Na diagnozę na miejscu nie mieliśmy, co liczyć, bo była niedziela.
Dodatkowa noc na Sycylii była dla nas nie do przyjęcia, dlatego stwierdziliśmy, że próbujemy jechać dalej.
Docieramy do Mesyny
Zadowoleni ładujemy się na prom, którym dostaniemy się na kontynentalne Włochy.
Połączeń na trasie Mesyna - Villa San Giovanni jest na szczęście bardzo dużo, więc nie ma presji, by zdążyć na konkretną godzinę.


Pierwszy nocleg mieliśmy zaplanowany w Salerno
Do Salerno jednak nie dotarliśmy, głównie dlatego, że hotel wycofał naszą rezerwację. Koniec końców wyszło nam to na dobre, bo znaleźliśmy miejsce, które znajdowało się godzinę drogi bliżej niż Salerno.
Tak trafiliśmy do Lago Sirino I w regionie Basilicata
To miejsce znane z małego jeziora o tej samej nazwie. W okolicy nie ma dużo zabudowań, jest cicho, spokojnie - nam się podobało.
Wieczorem zdążyliśmy jeszcze wyjść na krótki spacer i poszurać w leżących na ziemi liściach. Od razu dało się odczuć, że jest tu duuużo zimniej niż na Sycylii.


Następnego dnia po śniadaniu ruszamy dalej
Nie do mechanika, ale do następnego punktu, który sobie wyznaczyliśmy: Sorrento.
Stwierdziliśmy, że nie jest AŻ tak źle i damy radę jechać.


Jedziemy A2 (Autostrada del Mediterraneo). To jedna z niewielu darmowych autostrad w tym kraju. Biegnie z Fisciano (okolice Salerno) do Reggio di Calabria. Jej długość wynosi około 432 km.
A2 jest częścią europejskiej drogi E45 łączącej Norwegię i Włochy.
A to już widoki ze słynnej drogi SS163

Amalfitana to 60 km serpentyn i ostrych zakrętów.
Poza sezonem jedzie się nią całkiem przyjemnie (brak dużego ruchu czy autobusów, które korkują drogę), choć trzeba mocno uważać. To bardzo wymagająca droga.


Na trasie Amalfitany leżą takie miasteczka jak Positano, Ravello czy Vietri sul Mare.
Leży również Amalfi, gdzie robimy sobie mały postój
Auto zostawiamy na tym parkingu, ma bardzo dobrą lokalizację. Zajmujemy jedno z ostatnich wolnych miejsc i idziemy w kierunku niewielkiego Piazza del Duomo, przy którym toczy się życie.

Na dalszym planie katedra św. Andrzeja. Właściwie jest to zespół katedralny, który składa się ze wspomnianej katedry św. Andrzeja apostoła (XIII wiek) oraz bazyliki św. Krzyża (IX wiek).
Katedrę uwiecznił na swoim obrazie Aleksander Gierymski. Polecam sprawdzić, jak wygląda katedra okiem polskiego realisty.

A tu wyłania się Positano
Stąd już mamy niedaleko do miejsca, w którym czeka nas kolejny nocleg.


Docieramy do Sorrento!

Wieczór jest bardzo ładny, więc szybko zostawiamy bagaże w hotelu i ruszamy na zapoznawczy spacer.
Punkt pierwszy - zobaczyć Wezuwiusza!



Świąteczny klimat wylewa się z każdego kąta.


Łapiemy się nawet na zapalenie światełek.


Symbolem Sorrento są cytryny
I to nie byle jakie, bo specjalna odmiana - Limone di Sorrento lub Ovale di Sorrento. Z cytryn powstaje m.in. słynne limoncello.



Na następny dzień po śniadaniu ruszamy dalej
Większość dnia mija nam w trasie. Dopiero wieczorem, gdy docieramy na miejsce, zaczyna się robić ciekawie.
Dzisiaj śpimy w okolicach słynnej Val d'Orcia
Miasteczko nazywa się Castiglione d'Orcia.
Wieczorem tradycyjnie idziemy na mały spacer. Tym razem buszujemy po średniowiecznych uliczkach i trzęsiemy się z zimna.



Piękna ta jesień w Toskanii

Plan na ten dzień zakłada trochę więcej niż siedzenie w aucie.
Idziemy zobaczyć drogę Gladiatora i Pienzę
Miasteczko w opinii wielu osób uważane jest za najpiękniejsze miasteczko w całej Toskanii.

Co prawda pszenicy już nie ma, ale i tak było warto. :)
Tymczasem Pienza zrobiła na nas duże wrażenie. Ale czy mogło być inaczej?
To przecież miasteczko papieża humanisty. Powstało z rozkazu papieża Piusa II i znajduje się w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się jego rodzinna wioska.
Po objęciu tronu piotrowego papież rozkazał wyburzyć Corsignano i zbudować w tym miejscu Pienzę - miasto idealne.




Z Pienzy ruszamy dalej
Na nocleg zatrzymujemy się w miasteczku rodem z Carcassonne. Miasteczko nazywa się Cittadella i jego największą atrakcją są mury obronne, po których mamy zamiar przejść się następnego dnia.




Cittadella została założona w XIII wieku przez Padewczyków, jako twierdza obronna przeciwko sąsiednim miastom. Ceglany mur otaczający miasto wynosi około 1,5 km. Mury zostały całkowicie odtworzone, dzięki czemu można sobie popatrzeć na miasto z każdej strony.



Po spacerze "w chmurach" idziemy jeszcze coś przekąsić i ruszamy dalej.
Najbliższy nocleg czeka nas już w Słowenii
Do Słowenii jednak nie dotarliśmy.

Gdzieś za Monfalcone, na drodze nr A4...
Mazia dała nam dobitnie znać, że może lepiej już skończyć na dzisiaj (i zostać we Włoszech choćby jeden dzień dłużej).
Długo nie trzeba było nas przekonywać, pokornie opuściliśmy autostradę i zajechaliśmy na mały placyk.

W pierwszej kolejności obdzwoniliśmy lokalnych mechaników, którzy albo nie mieli wolnych terminów, albo nie byli w stanie się z nami porozumieć (a raczej my z nimi).
W drugiej kolejności znaleźliśmy miejsce, w którym mogliśmy przenocować.
I tak trafiliśmy do Santa Croce
Małej miejscowości położonej niedaleko Triestu.
Obsługa hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, przyjęła nas ciepło i pomogła w znalezieniu mechanika. Uff!
Po załatwieniu najważniejszego mogliśmy cieszyć się świątecznym klimatem i... poczuć się, jak bohaterowie filmów, którzy ze wszystkich sił i bez względu na przeciwności losu, starają się zdążyć do domu na Święta.



Następnego dnia odwiedziliśmy mechanika
Wstępna diagnoza brzmiała: "Czujnik (jakiś tam) do wymiany. Może uda się go zamówić na poniedziałek lub wtorek".
Postanowiliśmy przegadać sytuację nad kubkiem gorącej herbaty i udaliśmy się do najbliższego Maca.
Perspektywa zostania choćby kilku dni dłużej w Santa Croce wydawała się nam nie do przyjęcia. Do tego masa toreb w aucie, no i Disco. Braliśmy pod uwagę różne scenariusze: laweta z Polski, podróż pociągiem, podróż samolotem...
Żadna opcja nie była tak dobra, jak podróż z Mazią
A może?
Do końca zostało tylko 900 km.

Być może nie było to zbyt mądre, ale zdecydowaliśmy, że jedziemy i... omijamy autostrady. W związku z tym, że nie jesteśmy wielkimi fanami autostrad, takie rozwiązanie jak najbardziej nam pasowało.
Pomocne było również przełączenie się na tryb manualny, w automacie auto bardziej "wariowało".

A to już Słowenia


A to Ptuj, w którym mamy kolejny nocleg

Jest to najstarsze miasto w całej Słowenii. Zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie - klimatyczne, zadbane, a przy tym niezbyt duże.
Ptuj kryje w sobie kawał historii, spacerując po mieście, można natknąć się nawet na pozostałości po cesarstwie rzymskim.

Jeszcze szybki spacer na wzgórze zamkowe i jedziemy dalej.






Za niedługo wjeżdżamy do Węgier
Które zapamiętamy, jako miejsce, gdzie spróbowaliśmy wyśmienitych kotletów z kurczaka. Od tego obiadu minęło już sporo czasu, a te kotlety nadal są w ścisłej czołówce. Restauracja nazywa się Horgásztanya Vendéglő.
A to już Nitra - ostatni przystanek przed Polską
Zatrzymujemy się w małym pensjonacie tuż przy centrum, który prowadzi sympatyczny Słowak. Prowadzimy z nim bardzo ciekawą rozmowę - każdy z nas rozmawia w swoim ojczystym języku. Można dogadać się bez problemu.


Ostatni poranny spacer "po śniadaniu". Niedzielną ciszę przerywają, co jakiś czas odgłosy dzwonów.



Ostatnie kadry z drogi...



I ostatni poważny podjazd


Do Polski wjeżdżamy od strony Lipnicy Wielkiej
Na miejsce docieramy godzinę potem. Szczęśliwi, zmęczeni, przeziębieni i DUMNI!!
Pierwsza podróż po Europie zakończona!
Tymczasem dziękuję za odwiedziny! Do zobaczenia ;-) Paulina
-----------------
PS Podsumowanie całej podróży zamieszczę w osobnym wpisie.
PS 1 Problemy z samochodem wynikały z zapchanego katalizatora.
PS 2 Tym bardziej cieszy nas fakt, że nie wymieniliśmy tego czujnika za ponad 200€.